wołowiec

imieninowy Starorobociański Wierch

Sobota 8 maja 2010. Dzień moich imienin 🙂
Budzik w komórce o 6.00 dzwoni, wstaje z wyra. Według prognoz ma być słonecznie i bez opadów.
Szybkie szturmowe śniadanie, zrobienie herbaty do termosa i przed 7-ą wyruszam ze schroniska w
Chochołowskiej.
Słoneczko świeci, piękny poranek 🙂

Po kilku dniach deszczu, pod wpływem świecącego słoneczka parują namoknięte zabytkowe szałasy
pasterskie na polanie Chochołowskiej. Widok jest przepiękny. W powietrzu czuję wspaniały
aromat żywicy, trawy i krokusów. Aż żyć się chce.

Nacieszywszy oczy wchodzę w las na szlak papieski w kierunku Trzydniowiańskiego Wierchu.
W wilgotnym, chłodnym powietrzu wspaniale mi się idzie. Aromat lasu jest przecudny. Rozkosz 😉
Trochę mi przeszkadzają wilgotne buty z dnia wczorajszego, a co tam, trzeba cieszyć dniem
moich imienin.
W pięknym majowym słońcu wchodzę na Trzydniowiański Wierch.
Mały popas. Suszę buty na słońcu i lekkim wietrze. Łyk gorącej herbaty i mała kanapka.

Ale jakie widoki. Widzę Wołowiec, na którym wczoraj byłem i Rohacza Ostrego.
Tylko, że wczoraj widoczność była na 20 metrów. Dzisiaj jest bajka.

Coś dla ciała i dla duszy. Tak miło się siedziało i oglądało widoczki.
Wkładam buty i plecak, ruszam dalej ku przygodzie w kierunku Kończystego Wierchu.

Idę przez Czubik do Dudowej Przełęczy i podejście na Kończysty … uff trochę się zmęczyłem.
Na szczycie jest zasięg GSM wow. Z radością czytam SMSy i odsłuchuję wiadomości na poczcie 🙂
Serce się raduje w imieniny jest pogoda i wspaniałe surowe widoki gór, to jest prezent … 🙂

Kieruję w stronę Jarząbczego Wierchu. Wchodzę na wąską śnieżną grań. Tak nie miało być 😦
Stoję przed około 20 metrami śnieżnej grani ” żylety ” . Raki są w plecaku, czekan i dziaby pozostały
w domu. O k..wa czyżby plan przejścia z Jarząbczego przez Łopatę do Wołowca legł w gruzach ?
It is risk, it is fun … wczoraj wykorzystałem tygodniowy limit szczęścia w ” mrocznym ” zejściu do
Wyżnej Doliny Chochołowskiej. A dziś, cóż trochę niehonorowo ?
Kilka razy przechodziłem takie granie ” żylety ” ale na dziabach.
Decyzja : dziś są moje imieniny i nie będzie przygód, ani też gry na maksymalnej adrenalinie.

Zawracam i idę w kierunku Starorobociańskiego Wierchu.
Porażka boli, plan legł w gruzach.
Zawsze w takich chwilach wlokę się po górach z ” burzą w mózgu ”
Na Starorobociańskiej Przełęczy zapalam papierosa i dłuższy popas, chociaż z pogodą jest
coś nie tak jak w prognozie.

Pogodziwszy się sam ze sobą w swoje imieniny powoli ruszam na ” Bociana ”
Nigdzie mi się już nie spieszy. Ale jestem w górach i cieszę się każdą chwilą.
Złowrogie ostre podmuchy wiatru ze słowackiej strony, nie wróżą nic dobrego.

Wchodzę na szczyt po drodze przechodząc przez dwa płaty zlodowaciałego śniegu.
Pogoda płata figla, kiedy jestem na szczycie ” Bociana ” chmury schodzą nisko i pada grad.

Schodzę na Siwy Zwrotnik po drodze mijając dwie trzyosobowe zespoły podążające na
Starorobociański Wierch. Pogoda poprawia się. Może na Bystrą ?
Wyżej dalej chmury, to widoczków nie będzie.
Po drodze zabytek epoki przed układem z Schengen :

Przez Siwe Turnie na Siwą Przełęcz.
Czytam kolejne serdeczne życzenia. A na zachodzie niezła burza.
Dłuższy odpoczynek i obserwuję kierunek wiatru. Jest z południa, to burza i ulewa mi dziś nie grozi 🙂

Z Siwej Przełęczy schodzę żmudnym szlakiem czarnym do Doliny Starorobociańskiej.
Po chwilowym załamaniu pogoda jest super i oglądając się za siebie widzę ładne widoki.
Znów jest słonecznie i ciepło.

W dolinie trwa właśnie zrywka drzewa i sielankę majowego słonecznego popołudnia zakłóca jęk
pił ścinających drzewa i warkot ciągników ciągających drzewa na dół szlakiem do Starorobociańskiej
Polany. Na polanie znajduje się skład drewna przeznaczony do wywozu z lasu.
A po drodze mijam taakie fajne miejsca.

Docieram do schroniska w Chochołowskiej, gdzie zamawiam podwójną kiełbasę i piwo.
Poprzedniego dnia jadłem tłustego schabowego z beznadziejną surówką.
Tak tylko kiełbasa z kuchni w Chochołowskiej.
Za rok kolejne imieniny, może też w moich kochanych górach … kto wie ? 😉

mroczny wołowiec

Piątek 7 maja 2010
Dzień wcześniej we czwartek dotarłem w deszczu do schroniska w dolinie Chochołowskiej.
Poranek deszczowy. Nakładam bojowe ciuchy i cichym zamiarem zrobienia wyrypy ruszam skromnie
na Grzesia. Leje i leje. Na szlaku nie ma nikogo. Docieram na Grzesia. Widoki cudne i pogoda też.

Łyk ciepłej herbaty z termosu i podążam dalej. Widoczność 20 metrów. Poprzez płaty śniegu i mokrą
kosodrzewinę. Zewnętrzna warstwa spodni namaka i idzie się koszmarnie.
Wchodzę na Rakoń

Czuję, że mocno tracę ciepło. Pod kurkę wkładam soft i znów gorąca herbata. Wiem już, że z planu
wejścia na Rohacza są nici. Mam już godzinne opóźnienie.

Maszeruję dalej w kierunku Wołowca. Powoli tracę siły. Coś słabo ostatnio z kondycją.
Krok po kroku i wchodzę na szczyt. Wieje, pada i nic nie widać, ale jest satysfakcja 🙂

Schodzę na przełęcz i widzę że czeka mnie mroczne zejście. Czekan został w domu.
Widzę ślady wejścia bez raków, to też ich nie zakładam, schodzę.

Jest spoko, tylko w połowie zejścia noga ślizga się i jest jazda.
W ekspresowym tempie przemieszczam się w dół po śniegu.
Ale fajnie a jak zahamować bez czekana ?
Wpadam w mokre trawy i balansuję ciałem w omijaniu kamieni.
Kurwa, co będzie ?
Lecę na duży kamień, podnoszę wyżej nogi i trafiam nogami w kamień.
Zatrzymuję się …
Ruszam nogami … nic nie boli. Nie połamałem się 🙂
Udało się.
Ruszam zielonym szlakiem na browara do Chochołowskiej.