grześ

mroczny wołowiec

Piątek 7 maja 2010
Dzień wcześniej we czwartek dotarłem w deszczu do schroniska w dolinie Chochołowskiej.
Poranek deszczowy. Nakładam bojowe ciuchy i cichym zamiarem zrobienia wyrypy ruszam skromnie
na Grzesia. Leje i leje. Na szlaku nie ma nikogo. Docieram na Grzesia. Widoki cudne i pogoda też.

Łyk ciepłej herbaty z termosu i podążam dalej. Widoczność 20 metrów. Poprzez płaty śniegu i mokrą
kosodrzewinę. Zewnętrzna warstwa spodni namaka i idzie się koszmarnie.
Wchodzę na Rakoń

Czuję, że mocno tracę ciepło. Pod kurkę wkładam soft i znów gorąca herbata. Wiem już, że z planu
wejścia na Rohacza są nici. Mam już godzinne opóźnienie.

Maszeruję dalej w kierunku Wołowca. Powoli tracę siły. Coś słabo ostatnio z kondycją.
Krok po kroku i wchodzę na szczyt. Wieje, pada i nic nie widać, ale jest satysfakcja 🙂

Schodzę na przełęcz i widzę że czeka mnie mroczne zejście. Czekan został w domu.
Widzę ślady wejścia bez raków, to też ich nie zakładam, schodzę.

Jest spoko, tylko w połowie zejścia noga ślizga się i jest jazda.
W ekspresowym tempie przemieszczam się w dół po śniegu.
Ale fajnie a jak zahamować bez czekana ?
Wpadam w mokre trawy i balansuję ciałem w omijaniu kamieni.
Kurwa, co będzie ?
Lecę na duży kamień, podnoszę wyżej nogi i trafiam nogami w kamień.
Zatrzymuję się …
Ruszam nogami … nic nie boli. Nie połamałem się 🙂
Udało się.
Ruszam zielonym szlakiem na browara do Chochołowskiej.