gr 20

Etap 8 – Au revoir

Schronisko Petra Piana – Corte

Wtorek 24 sierpnia

Nadszedł ostatni dzień moich przygód na korsykańskim szlaku GR 20. Przy śniadaniu pożegnałem się ze współtowarzyszami wędrówki. Zarzuciwszy plecak na plecy ruszyłem wariantem etapu do schroniska Onda biegnącym na niższej wysokości. Początek w porannym słońcu. Po mniej więcej godzinnym marszu w dół wchodzę w las, gdzie idzie się bardzo przyjemnie w koniu konarów drzew. Co raz niżej i upał wzmaga się 🙂
Szlak wije się w lesie sosnowo-bukowym nad rzeką Manganello. Po trzech godzinach schodzenia mijam szałasy Bergeries de Tolla z obficie zaopatrzonym sklepikiem z wędlinami, serami i napojami.
Kawałek poniżej znajduje się najniżej położone miejsce na szlaku do schroniska Onda passerelle de Tolla. Przechodzę kładkę nad rzeką i kończę tam swoją przygodę z GR 20. Na lewo odbija wariant szlaku Mare a Mare Nord w stronę Canaglii. Leśnym szlakiem idę dalej w dół.
Spotykam sympatycznych Kanadyjczyków, którzy ominęli najtrudniejsze etapy GR 20 i wracają na szlak od schroniska Onda na południe.

Z Canaglii idę krętą szosą naście kilometrów w potwornym upale do Vivario. Bardzo fajne małe miasteczko. Odpoczywam na rynku i idę na stację kolejową położoną za miastem. Pociągiem jadę do Corte.
Postanawiam przespać się w ponoć najtańszym w mieście hotelu HR. Tak przynajmniej pisze przewodnik i reklama na stacji kolejowej w Vivario. Ee nieprawda 50 euro/noc, tanio 🙂
Idę dalej na kemping Restonica. Nocleg z rozbiciem namiotu 10 euro. Wieczorem zwiedzam centrum miasta.
Następnego dnia jadę do Bastii, gdzie mam wykupiony bilet na prom do Livorno we Włoszech.

Do zobaczenia 😉

Reklamy

Etap 7 – Orla przestrzeń

Schronisko Manganu – schronisko Petra Piana

Poniedziałek 23 sierpnia
Rano jest problem 🙂 Niemiec na śniadaniu mówi, że dzisiaj wraca do Niemiec. Jak to ? Opowiada zdarzenia z nocy :
Spałem dobrze, budzę się … a tu problem : namiot rozerwany i polędwicy nie ma. Musiała być dobrej jakości, bo salami zostało w namiocie.
No jak ? Spałeś i nic nie słyszałeś jak pies rozrywa Ci namiot ?

Spałem dobrze … wracam do Niemiec Oj się porobiło 🙂
Mówię mu : idź do gospodarza, jego pies = jego problem, niech naprawia Ci namiot
Oj nie pójdzie …
W końcu klei namiot plastrami. Mówi, że idzie dalej 🙂
Ruszamy z Marcinem przez zarośla, pośród pasących się krów w kierunku przełęczy
Breche de Capitello. Przełęcz leży na wysokości 2225 m. npm. i jest najwyżej położonym punktem
na szlaku GR 20.

Przed przełęczą jest źródełko, w którym należy obowiązkowo uzupełnić wodę. Mozolnie po piargach wchodzimy na przełęcz. Dociera do nas i Niemiec 🙂
Z przełęczy rozpościera się wspaniały widok. Nacieszywszy oczy rozpoczynamy zejście z najwyżej położonego punktu na GR 20.

Lata nad nami śmigło, korsykańskie służby kontrolują poczynania turystów w trudnym
górskim terenie 🙂
Zejście z przełęczy jest w kilku miejscach ubezpieczone stalowymi linami.

Tracąc wysokość wchodzimy na wąską grań, w jednym miejscu schodzimy nieco eksponowanym prawie pionowym łańcuchem na wąziutką przełączkę. Przed przełączka w lewo odchodzi szlak do Corte.

Idziemy dalej ściśle grania mając po prawej wspaniałe turnie z licznie obitymi drogami wspinaczkowymi.

Dalej granią do rozstajów szlaków na przełęczy Bocca a Soglia, gdzie odchodzi wariant szlaku do Corte.
Ostatnie parędziesiąt metrów do przełęczy biegnie przez olchowe krzaki i trzeba uważać by nie zejść za nisko.

Mozolnie przez olchowe krzaki i później przez wielkie bloki skalne. Przed ostrym podejściem na przełęcz Bocca Rinosa jest kolejne źródełko wody, którego nie sposób przegapić. Prawie płaskim terenem mijając graffiti na blokach skalnych idziemy w co raz piękniejszej panoramie na przełęcz Bocca Muzzalla.

Na przełęczy horyzont powala, jest pięknie 🙂

Schodząc z przełęczy wypada mi butelka z wodą. Zdejmuję plecak i robię małego bouldera 🙂 Wszak życie to picie … szczególnie na upalnej Korsyce.
W schronisku Petra Piana dość dobrze zaopatrzony sklepik. Co prawda brakuje dobrych wędlin, ale po tygodniu górskich zmagań nie warto wybrzydzać.

Mój dom na GR 20 :

Etap 6 – Dzikie konie

Castellu di Vergio – Schronisko Manganu

Niedziela 22 sierpnia

Szybko zwijam manatki i mijając zagrodę z chrząkającymi świniami wchodzę na szlak. Początek biegnie przez zacieniony las i idzie się bardzo przyjemnie po prawie równym terenie. Po godzinie las się kończy i rozpoczyna się podejście na przełęcz Bocca San Pedru.
Po drodze mijam malowniczą kapliczkę :

Następnie przechodząc pod szpetną linią energetyczną docieram na przełęcz. Szlak biegnie na otwartej przestrzeni, miejscami można znaleźć miejsce w cieniu drzew przypominającymi drzewa z afrykańskiej sawanny. Na odsłoniętej grani napotykam drzewo, które znajduje się na okładce przewodnika po Korsyce i GR 20 autorstwa Davida Abrama :

Etap jest bardzo łagodny, bez żadnych forsownych podejść. Idę po zboczach U Tritole, następnie łagodnym grzbietem przez otwarty skalny teren szlak prowadzi na przełęcz Bocca a Reta. Na przełęczy spotykam parę z Niemiec, która dzisiaj wystartowała na GR 20. Miło z nimi gawędząc, dowiedziałem się, że planują do przejścia tylko kilka etapów do Vizzavony.
Na przełęczy :

Schodząc z przełęczy rozkoszuję się widokami na jezioro Lac de Nino. Mijam karawanę na osiołkach i już siedzę mocząc nogi w jeziorze. Obok szlaku jest źródełko wody, w którym uzupełniam zapas w butelkach. Idąc dalej przez równinę porośniętą trawami zwaną pozzines mijam pasące się dzikie konie. Myślę sobie : Taki mały Tybet 🙂

Idę szlakiem wijącym się nad wypływającą z jeziora rzeką Tavignano i dalej przez las do osady pasterskiej Bergeries de Vaccaghia. Obok szałasów pasterskich rozstawione są namioty i jest możliwość noclegu tam. Gospodarz oferuje jednak zestaw spanie + jedzenie za 18 euro. Notabene jedzenie tam składa się głownie z dań na bazie serów 😉
Z osady pasterskiej mocno w dół na kolejną korsykańską sawannę . Znowu spotykam karawanę, tym razem na koniach. Nużącym podejściem docieram do schroniska Manganu :

Siedzę na werandzie schroniska sącząc lokalne piwo z kasztanów. W schronisku jest mały wybór artykułów spożywczych, przede wszystkim brak pieczywa 😦 Ale jeszcze coś mam w plecaku.
A tu niespodzianka wchodzi Niemiec z Wiesbaden, który został poprzedniego dnia w schronisku Ciottulu di Mori. Mówi że dubel etapów był ciężki z ojoj 🙂
Po rozłożeniu namiotów, jemy obiad w kuchni dla biwakowiczów i jasna cholera … wpada na biwak Marcin 🙂
Przeszedł 3 etapy dzisiaj, po wczorajszym zdobyciu szczytu Monte Cinto !
Rozbija namiot i siedzimy pijąc piwo z Niemcem, Francuzem w rozerwanych portkach i jego kumplem do zachodu słońca.

Etap 5 – Dublet

Schronisko Tighjettu – Castellu di Vergio

Sobota 21 sierpnia
Poranek przyniósł niespodziankę : dużą rosę. Wszyscy w najrozmaitszy sposób suszą namioty. Psia krew składam wilgotny namiot. Przy śniadaniu w wiacie pod schroniskiem mówię, że można dziś połączyć etapy. Reszta mówi : chyba nie.
Dalej długie zejście po kamieniach. Zachodzę do schroniska Bergeries de Vallone na porcję lokalnej wędliny i sera.
W potwornym upale maszeruję przez las, ale mam piękny widok na korsykański matterhorn :

Część ekipy opala się nad strumieniem, spotykam również resztę, która nocowała w schronisku Bergeries de Vallone. Rozpoczyna się podejście w skalnym terenie bez żadnego cienia. W strumieniu długo relaksuję się mocząc nogi w lodowatej wodzie. Przez liczne progi skalne docieram na przełęcz Bocca di Foggiale. Skręcam na nieoznakowaną ścieżkę omijającą schronisko Ciottulu di i Mori. Schodzę w dół i idę nie patrząc pod nogi wygodną ścieżka nad rzeką. W ten sposób łącze dwa etapy.

Siedzę nad rzeką mocząc nogi i dostrzegam naszą ekipę, która zaliczyła schronisko Ciottulu di i Mori i idzie dalej, wbrew temu co mówili przy śniadaniu. Jest pomalowany Francuz z kompanem, grupa z jegomościem w podartych spodenkach, atrakcyjna włoszka, długowłosy śpiący pod gołym niebem 🙂
Mijamy mostek na rozwidleniu szlaków GR 20 i Mare a Mare Nord przy wodospadach Cascades d’E’Radule.
Zakosami przez las nie mający końca dochodzimy do Castellu di Vergio. Jest po parking przy szosie, sklep otwarty do 19-ej, duża kuchnia i wspaniałe prysznice z ciepłą wodą 🙂
Rozkładam wilgotny namiot, który wysycha w 5 minut w ciepłym zachodzącym słońcu. Przed 22-ą docierają Angielki padając ze zmęczenia i mówią dość : kończymy GR 20 Po ciemku pobłądziły w lesie i nadrobiły trochę kilometrów ponad normę. Atrakcyjna Włoszka w końcu też namówiła swego chłopaka, by pojechać na ponoć najpiękniejsze w Europie korsykańskie plaże. Również żegnają się z ekipą.
Rozmowy przy piwie na werandzie dobiegają końca i o 22.30 ekipa idzie na zasłużony odpoczynek.

Etap 4 – W skalnym amfiteatrze

Schronisko Ascu Stagnu – schronisko Tighjettu

Piątek 20 sierpnia
Poranek zapowiadał upalny dzień. Przed 6-ą jeszcze większość z grupy z którą przemierzam GR 20 jeszcze spała. Marcin idzie na Monte Cinto. Przy gorącej porannej herbacie życzymy sobie powodzenia. Jak zwykle żartujemy z Pomalowanym Francuzem, co za przesympatyczny gość 🙂 Kanadyjczyk o nienagnanych manierach rusza pierwszy, tego dnia zrobi dubla i już go nie spotkam. Żegnam się z parą Kanadyjczyków, którzy rezygnują z dalszej wędrówki GR 20 i w drogę.
Początek monotonny w lesie. Kiedy kończy się las na otwartej przestrzeni upał doskwiera jak cholera. Maszeruję powoli często popijając wodę w malutkich łyczkach.
Przy spalonym schronisku Rifuge d’ Altore długi odpoczynek. Są tam osłonięte kamieniami miejsca biwakowe i co najważniejsze źródełko wody 🙂 Podchodzę przez skalne progi na przełęcz Bocca di Tumasginesca, gdzie rozpościera się fascynująca panorama gór i morza z jednej strony oraz skalnego cyrku Cirque de la Solitude. Z przełęczy wejście do cyrku biegnie długą serią łańcuchów w tym kilku pionowych, w jednym miejscu bezpośrednio znajdujemy się 5 metrów na głowami idących poniżej.
Ekipa niemiecka z Kolonii ma tutaj ogromne problemy. Poniżej łańcuchów też należy zachować ostrożność na wyślizganych skałach o dużym nastromieniu. Po szczęśliwym zejściu idę w dół kotła w strasznej kruszyźnie i pomalutku do góry. Wchodzę na duże płyty, na początku mała drabina ( mniejsza od drabiny na Orlej Perci ) i długą serią łańcuchów pokonuję największą płytę. Następnie jest kilka odcinków nieubezpieczonych biegnących po eksponowanych płytach i docieram do turni dobrze widocznej z przełęczy Bocca di Tumasginesca, skąd pozostaje tylko podejście na przełęcz Bocca Minuta.
Widoki w Cirque de la Solitude są niesamowite 🙂 Kiedy wchodzę na przełęcz Bocca Minuta schodzą chmury i podziwiam majestat skalnych turni w cyrku w chmurach, robi wrażenie.
Schodzę do wąwozu Ravin de Stranciaccone, gdzie końcówka zejścia do schroniska Tighjettu biegnie po dużych płytach.

W samym schronisku są dostępne artykuły spożywcze, ale ich wybór jest ograniczony i wędliny już nie wyglądają tak zachęcająco. Cześć grupy poszła do następnego schroniska Bergeries de Vallone oddalonego o niecałą godzinę. Ale tutaj jest pomalowany człowiek, Niemiec z Wiesbaden, Francuz śpiący po gołym niebem i jeszcze mniej więcej połowa grupy. Jeden z Francuzów chodzi w podartych na tyłku spodenkach po dzisiejszym etapie. W ramach ograniczenia wagi plecaka, wziął tylko jedną parę spodni na siebie i dalszą drogę będzie pokonywał w podartych 🙂
Trudy dzisiejszego etapu po 20-ej zaprowadziły mnie szybko w objęcia Morfeusza 🙂

Etap 3 – Z kijkami czy bez ?

Schronisko Carozzu – Ascu Stagnu

Czwartek 19 sierpnia
Po 6-ej po wygramoleniu się z namiotu, ze zdziwieniem odkrywam, że cała ekipa z którą wystartowałem z Calenzany jest na biwaku. Jedni pomału zwijają manatki, inni jeszcze jeszcze śpią 🙂 Obok bardzo grzeczny Kanadyjczyk o nienagannych manierach mówi mi, że spróbuje dziś dublować etap i jak wyciągam graty z namiotu, to już go nie ma. Idę do biwaku Marcina, pośpiesznie zbiera graty. Po wczorajszym winie korba w głowie jeszcze jest. Pijemy na maxa wodę i gadamy budząc śpiących obok Niemców.
Powoli wszyscy wstają i rozpoczyna się wielkie pakowanie. Marcin już wyruszył. Niefortunnie rozbiłem namiot w towarzystwie mrówek, więc za karę wytrząsam je z topicu 🙂
Żartuję przed wyjściem na temat pory wstawania z Pomalowanym Człowiekiem – wytatuowanym ciemnoskórym francuzem i jego kolegów, którzy na pierwszym etapie prawie biegli. Bardzo fajni goście 🙂 No i zakładam plecak i w drogę.
Po krótkim zejściu jest pierwsza atrakcja tego etapu, czyli chwiejący się 35 metrowy wiszący mostek. Ekipa niemiecka ma lekkie na nim problemy. Jeden z nich musi niestety przenieść trzy plecaki. Filmuję ich zmagania kamerą i dostaje pseudonim Kieślowski :), którym przez następne etapy będą mnie tytułować.
Ponoć na tym mostku, było już kilka wypadków podczas przechodzenia w padającym deszczu. Czemu wcale się nie dziwię, jak przyjrzałem się mostkowi to jest on lekko pochylony.

Za mostkiem ruszamy w lewo w górę wąwozu Spasimata. Droga idzie po płytach w niektórych miejscach lekko eksponowanymi, które są ubezpieczone łańcuchami i stalowymi linami. Część osób idzie przez ten oporęczowany odcinek z kijkami, które tylko przeszkadzają. Na którymś z korków na trasie tłumaczę, że zdecydowanie łatwiej idzie się przez techniczne odcinki bez kijków. Cześć spakowała kijki a inni dalej walczą z linami i kijkami 😉 Wyprzedziwszy towarzystwo słyszę jak Pomalowany Francuz tłumaczy na kolejnym korku to samo. Szczęśliwie wychodzę z płytowego wąwozu i kieruję się na prawo długim przyjemnym trawersem rozkoszując się widokami skalnego ogrodu a’la dobrze mi znane Dolomity.
Wkraczam w olchowy zagajnik i szlak idzie mocno do góry po sypkim piargu. Z plecakiem makabra. Przez wąski żleb i wychodzę w pięknej dolince w której znajduję małe jeziorko Lavu di Muvrella. Widoki są przepiękne, rozległa panorama sięga Calvi i morza.
Jest pierwsze miejsce na GR 20 od Calenzany, gdzie jest zasięg telefonii komórkowej. Oczywiście długi popas nad jeziorem z użyciem działającego telefonu.
Ostatnie długie podejście na przełęcz Bocca di Muvrella, gdzie rozciąga się fantastyczna panorama na góry Korsyki. Z przełęczy stromo w prawo i sinusoidalnym trawersem przez bloki skalne dochodzę na przełęcz Bocca di Stagnu. Widzę stąd jak na dłoni schronisko Ascu Stagnu, do którego zejście wiedzie przez kruchy teren. Prawdziwy wpierdol dla obciążonych kolan.
Na zejściu napotykam uroczą Włoszkę, która zgubiła znaki i wyszła na duży blok skalny, z którego nie potrafiła zejść. Sprowadzam ją na dół i idziemy ostrożnie pokonując kolejne progi skalne i wąskie żleby. Mówi że już ma dość GR 20, ale jej chłopak chce koniecznie iść dalej i ją tutaj zostawił aby nauczyła się samodzielności w górach 🙂 Jest mina nie wróży nic dobrego dla jej chłopaka.
Schodzimy do schroniska Ascu Stagnu, gdzie nie ma problemu z brakiem miejsc na rozbicie namiotu. Obok jest położony Hotel Le Chalet więc w schronisku jest luksus w postaci ciepłej wody pod prysznicem 🙂
Sympatyczni Kanadyjczycy mówią, że schodzą jutro z GR 20 na łatwiejszy szlak. Kanadyjka ma stłuczony łokieć i wiele siniaków. Etap trzeci, chyba przerósł ich możliwości. Spotykam również sympatycznego ich rodaka o nienagannych manierach, który stwierdził : Dziś nie był dzień na dublowanie etapu, może pojutrze 🙂
W schronisku jest sklep z najlepszym wyborem miejscowych wędlin. Wspaniała jest polędwica, która rozpływa się w ustach za 9 euro, salami kosztuje 7 euro. Piwo Pietra za 4 euro. W porównaniu do innych schronisk na GR 20 tutaj jest tanio i duży wybór różnych artykułów spożywczych.

Wieczorem idziemy z Marcinem i Niemcem z Wiesbaden zaznać trochę luksusu na piwo za 6 euro do baru w hotelu. Gadamy jeszcze z Angielkami z Liverpoolu, które twierdzą, że bez problemu przejdą cały GR i ciężki plecak to nie problem 😉
I po 22 całe wesołe towarzystwo idzie grzecznie spać myśląc o najtrudniejszym etapie GR 20, który nas jutro czeka.

Etap 2 – Obejściem miało być prosto i przyjemnie

Schronisko Ortu di u Piobbu – schronisko Carozzu

Środa 18 sierpnia.
Po nocnych przygodach z osłem przed 7-ą wylazę z namiotu. Prawie wszyscy już zbierają swoje graty. Wczoraj przeczytałem w przewodniku, że etap drugi jest też pozbawiony ujęć wody i zejście do schroniska Carozzu biegnie na południowym nasłonecznionym stoku. Nie ma bata idę obejściem. Trochę niehonorowo, ale po wczorajszym dniu wizja braku wody nabawia mnie przerażeniem. Trojka Niemców wybiera również ten wariant.
Zwijam manatki i rozpoczynam długi zejście po kamienistej ścieżce przez las. Idzie się bardzo przyjemnie.
Spotykam Francuza, który po pierwszym etapie ma dość GR 20 i wraca do Calvi. Mówi, że przedobrzył z wagą plecaka i za ponad 20 kg to nie da się iść.
Na rozstaju dróg spotykam parę Włochów ( co by nie mówić Włoszka bardzo atrakcyjna 😉 ), którzy też wybrali ten wariant. Za rozstajem szlaków ścieżka jest bardzo kamienista i trzeba nią długo maszerować do przejścia przez potok. Po drodze idę mając nad sobą strzeliste turnie, na których są poprowadzone liczne obite drogi wspinaczkowe.

W potoku długo moczę zmęczone stopy w relaksującej zimnej wodzie 🙂
Skończyło się długie schodzenie, teraz czas na długie podejście. Mam wodę 🙂 i powolutku maszeruję w górę wchodząc w wąwóz Spasimata. Podejście dłuży się niemiłosiernie. Na szlaku jest dużo ludzi, idących ze schroniska Carozzu do Bonifatu, gdzie można dojechać samochodem i obrócić do i z schroniska Carozzu w jeden dzień. Na szczęście idę cały czas przez zalesiony teren i nie odczuwam piekącego słońca, ale nie myślałem, że będzie aż tak długie zejście i podejście. Autor przewodnika podając czasy przejść etapów podaje czasy sportowe z plecakiem max 5 kg, albo po prostu zestarzałem się 😦
W okolicach wiszącego mostku spotykam Polaków, którzy zrobili sobie odskocznię od plażowania w Calvi i wybrali się na eskapadę na szlak do schroniska. Kamienistą ścieżką docieram do schroniska Carozzu.

W schronisku miła niespodzianka, spotykam Polaka mieszkającego we Francji, idącego szlakiem GR 20 z Calenzany. Wpadamy w dyskusję z obsługą schroniska : Czy bywają tu Polacy ? Mówią, że nie było, albo nikt nie przyznał się że jest z Polski. Wiedzą o tym, iż w Polsce został wydany przewodnik po GR 20 i że są na wizyty Polaków przygotowani. Jako dowód pokazują książeczkę pt. ” Rozmówki francusko – polskie „ 🙂
Narzekamy razem z Marcinem na ciężkie plecaki. Jest to kolejne schronisko gdzie nie można kupić jedzenia poza gotowymi daniami za chore pieniądze. Gadamy, że następnych schroniskach jest zaopatrzenie lepsze i aby odciążyć plecaki wpadamy na pomysł, żeby jak najszybciej zjeść zapasy jedzenia noszone w plecaku i oprzeć się o prowiant dostępny w kolejnych schroniskach.
Pomysł wprowadzamy w czyn i jemy po dwie konserwy na obiad popijając butelką miejscowego wina.
Długo jeszcze gadamy do zapadnięcia zmroku o szlaku i co w Polsce słychać przy kolejnej butelce wina.
Szybka kąpiel pod prysznicem z zimną wodą ( już drugi dzień taka atrakcja ) i dygocąc z zimna zawijam się w śpiwór myśląc o atrakcjach następnego dnia a będą … 🙂

Etap 1 – Fatamorgana

Calenzana – schronisko Ortu di u Piobbu

Wtorek 17 sierpnia.
Przed 6-ą jest jeszcze szaro. Ale w Gite d’ Etape już nikt nie śpi. Jedni gorączkowo przygotowują śniadanie, inni w pośpiechu zwijają namioty. Dwóch jegomości śpi w hamakach, fajna sprawa :). Kilku zawodników bez namiotu pod gołym niebem zawinięci w ciepłe śpiwory. Około 50 osób wyrusza tego dnia na szlak GR 20. Bez wielkiego pośpiechu pakuję manatki w plecak i przed 7-ą ruszam ku wielkiej przygodzie. Z Gite d’ Etape idę w kierunku wioski, przy knajpie o nazwie szlaku GR 20 trzeba skręcić w prawo i iść ciągle prosto. Spotykam kilka ekip, które wyszły przed mną prowadzonych przez miejscowych na właściwy szlak. Już na początku są przygody :). Z miasteczka powoli w górę w cieniu drzew. Na pierwszym rozstaju szlaków należy pójść na prawo. Kolejni zawodnicy z przekleństwami wracają ze ścieżki na lewo. Dalej szlak jest ewidentny i nie ma żadnych problemów orientacyjnych.
Wkraczam powoli w kolczaste krzaki nazwane makią. Długie podejście przez krzaki na przełęcz Bocca di u Ravalente. Z przełęczy idę trawersem na pastwiskiem ogrodzonych drutem kolczastym. Ciężki plecak daje się we znaki niemiłosiernie, przedzierając się przez makię. Wchodzę w las sosnowy i rozpoczyna się mordercze podejście. Słońce na niebie już wysoko i w upale mówię do siebie :
Maszeruj albo giń ;).

Na podejściu piję dużo wody, której na tym etapie nie ma gdzie uzupełnić. Gadam z bardzo fajnymi Kanadyjczykami i ustalamy sposób przejścia GR 20 : step by step 🙂
Potężnie zmasakrowany docieram na przełęcz Bocca au Saltu. Długa chwila odpoczynku. Z przełęczy przez spalony sosnowy las i przez duże bloki skalne przedzieram się do góry. Lecą kurwy odnośnie ciężkiego plecaka. Jest tam z betami prawdziwy wpierdol .
Autor przewodnika David Abram pt. Korsyka mocno przesadza pisząc, że jest tam duża ekspozycja. Jeden odcinek przejścia po płycie jest ubezpieczony łańcuchem.
Powoli zaczyna brakować mi wody. Lazę długim trawersem na przełęcz Bocca a u Bazzichellu. Dopijam resztki wody : Gdzie do jasnej cholery jest to pieprzone schronisko ?. Żuję gumę aby oszukać organizm i idę dalej. Ze zmęczenia mylę mapy w przewodniku i myślę, że po drodze będzie potok.
W końcu widzę schronisko, dobry kawał do niego drogi. Upał 35′ C i ciągnąc nogę za nogą idę.
Wydaję mi się, że słyszę szum wody w potoku. Przyśpieszam Pić Pić ! , a potoku nie ma 😦
Już niedaleko, schodzę niżej, na mapie jest zaznaczona rzeczka. Nie ma jej wyschła. Żuję trawę … choć
kropelkę wody … proszę.
Piekielnie zmęczony dochodzę do schroniska. Jest woda …
Wypijam ile się da i relaks piwo zimne z kasztanów Pietra za 5 euro … 🙂
Rozkładam namiot, pichcę zupkę w kuchni na świeżym powietrzu przeznaczoną dla biwakujących przed schroniskiem i padam zawinięty w śpiwór na matę w namiocie i zasypiam kamiennym snem.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie osioł łażący pomiędzy namiotami. Po 2-ej dobiera się do mego namiotu.
Święcę mu czołówka w jego ośli łeb i po polsku wypierdalaj . Niestety zwierzęta będący własnością obsługi schroniska nie są zamykane na noc i robią zamieszanie na polu biwakowym.
Tego dnia była przygoda z osłem, a będą jeszcze przygody z krowami i psami.

Jadę na Korsykę

Niedziela 15 sierpnia.
Rozpoczyna się długo oczekiwany urlop. W tym roku plan obejmuje szlak GR 20 na Korsyce. Szlak ten jest uważany za najtrudniejszy szlak trekingowy w Europie. Czy to prawda, przekonam się już niedługo osobiście 🙂
Po 20-ej wsiadam do samolotu lecącego do Mediolanu. Przed mną długa noc. Okazuje się, że w Mediolanie jest znacznie chłodniej aniżeli w Warszawie. Błąkam się z ciężkim 19 kilowym plecakiem po lotnisku Malpensa.
O 3-ej jadę za 7,5 euro autobusem Malpensa Express na dworzec kolejowy Milano Centrale. Dworzec jest świeżo wyremontowany i o poranku ciągle krążą po nim patrole policji, karabinierów i wojska. Centrale przez długie lata uważane było za najniebezpieczniejsze miejsce w Mediolanie, szczególnie w nocy. Teraz jak widać zmienia się na lepsze.
Zabijając czas w oczekiwaniu na pociąg do Livorno, bawię się automatami do sprzedaży biletów. W ubiegłym roku jadać na Mata wydałem 184 CHF za bilet z Genewy do Zermatt. Z Mediolanu do Brig bilet na pociąg CIS Alpino kosztuje 30 euro w jedną stronę. Tak więc trzeba kupić w Mediolanie również bilet powrotny z Brig i podróż do Zermatt wychodzi taniej o połowę. Podróże kształcą jak widać 🙂
O 6.05 ruszam pociągiem do Livorno. Niewyspanie o poranku daje znać, śpię jak zabity. Budzą mnie dopiero podróżni wsiadający do przedziału w Genova Brignole. Przed 11-ą jestem w Livorno. Maszeruję z ciężkim plecakiem przez miasto w stronę portu. W porcie z wydrukowanym e-biletem na prom do Bastii należy zgłosić się do biura operatora promu w celu odprawy i odbioru właściwego biletu.

Prom wypływa z godzinnym opóźnieniem. Jestem w Bastii po 19-ej. Wstępuję do leżącego obok portu biura informacji turystycznej z zapytaniem o kemping w mieście. Dostaję informację gdzie jest, skąd i jak dojechać autobusem komunikacji miejskiej. Na kempingu nie ma miejsc na rozbicie namiotu ! Gospodarz grzecznie mówi abym wypierdalał. W podobnej sytuacji co moja jest też dwójka Francuzów. Razem wracamy autobusem do centrum Bastii i łazimy od hotelu do hotelu pytając o wolne pokoje. Albo brak wolnych pokoi albo najtańszy kosztuje 130 euro za noc sic ! Spanie na dworcu kolejowym odpada, bo jest zamykany na noc. W porcie mówią, że mogą być problemy z policją.
Udaje się nam znaleźć pokój trzyosobowy za 85 euro w hotelu Imperial. Wchodzimy do pokoju SYF. W toalecie zamiast drzwi zasłonka z tkaniny … o kurwa ! Francuzka ze śmiechem mówi mi : Witaj we Francji 🙂. Wychodzimy jeszcze na jedzenie na Place St. Nicolas ( jeszcze później wracając zostałem utwierdzony w przekonaniu, że jest tam drogo i niesmaczne jedzenie, ale o tym później ) i zasłużone spanie w prawie wygodnym łóżku.

Nazajutrz wędruję na dworzec i jadę pociągiem bez klimatyzacji podziwiając po drodze widoki do Calvi. Miasteczko jest pięknie położone nad zatoką. Pełno sklepów z różnościami, ale w żadnym z nich nie znajduję katuszy do palnika Camping Gaz. Niedaleko dworca kolejowego jest biuro Les Beaux Voyages, skąd busem można dojechać do Calenzany, gdzie rozpoczyna się GR 20.
Busem docieram do centrum wsi, kościół i kilka knajpek oraz supermarket, gdzie kupuję pieczywo na następne dwa dni. Poniżej wsi jest schronisko Gite d’ Etape. W cieniu drzew rozbijam namiot. Nie ma katuszy, to zmniejszam ciężar plecaka i wyrzucam palnik w śmieci. Na całym GR 20 w schroniskach są palniki z gazem, więc taszczenie palnika z butlą jest zbędne.
Na kempingu kuchenka z naczyniami do gotowania i duża łazienka z prysznicami z ciepłą wodą. Wypas w porównaniu z tym co mnie czeka w kolejnych dniach.

Zapada noc, dopijam piwo Pietra warzone z kasztanów, kupione w markecie za rozsądne 1,8 euro i nastawiam budzik w komórce na 5.30. Czeka mnie jutro długi i męczący dzień.