Dzień: 30 sierpnia 2010

Etap 1 – Fatamorgana

Calenzana – schronisko Ortu di u Piobbu

Wtorek 17 sierpnia.
Przed 6-ą jest jeszcze szaro. Ale w Gite d’ Etape już nikt nie śpi. Jedni gorączkowo przygotowują śniadanie, inni w pośpiechu zwijają namioty. Dwóch jegomości śpi w hamakach, fajna sprawa :). Kilku zawodników bez namiotu pod gołym niebem zawinięci w ciepłe śpiwory. Około 50 osób wyrusza tego dnia na szlak GR 20. Bez wielkiego pośpiechu pakuję manatki w plecak i przed 7-ą ruszam ku wielkiej przygodzie. Z Gite d’ Etape idę w kierunku wioski, przy knajpie o nazwie szlaku GR 20 trzeba skręcić w prawo i iść ciągle prosto. Spotykam kilka ekip, które wyszły przed mną prowadzonych przez miejscowych na właściwy szlak. Już na początku są przygody :). Z miasteczka powoli w górę w cieniu drzew. Na pierwszym rozstaju szlaków należy pójść na prawo. Kolejni zawodnicy z przekleństwami wracają ze ścieżki na lewo. Dalej szlak jest ewidentny i nie ma żadnych problemów orientacyjnych.
Wkraczam powoli w kolczaste krzaki nazwane makią. Długie podejście przez krzaki na przełęcz Bocca di u Ravalente. Z przełęczy idę trawersem na pastwiskiem ogrodzonych drutem kolczastym. Ciężki plecak daje się we znaki niemiłosiernie, przedzierając się przez makię. Wchodzę w las sosnowy i rozpoczyna się mordercze podejście. Słońce na niebie już wysoko i w upale mówię do siebie :
Maszeruj albo giń ;).

Na podejściu piję dużo wody, której na tym etapie nie ma gdzie uzupełnić. Gadam z bardzo fajnymi Kanadyjczykami i ustalamy sposób przejścia GR 20 : step by step 🙂
Potężnie zmasakrowany docieram na przełęcz Bocca au Saltu. Długa chwila odpoczynku. Z przełęczy przez spalony sosnowy las i przez duże bloki skalne przedzieram się do góry. Lecą kurwy odnośnie ciężkiego plecaka. Jest tam z betami prawdziwy wpierdol .
Autor przewodnika David Abram pt. Korsyka mocno przesadza pisząc, że jest tam duża ekspozycja. Jeden odcinek przejścia po płycie jest ubezpieczony łańcuchem.
Powoli zaczyna brakować mi wody. Lazę długim trawersem na przełęcz Bocca a u Bazzichellu. Dopijam resztki wody : Gdzie do jasnej cholery jest to pieprzone schronisko ?. Żuję gumę aby oszukać organizm i idę dalej. Ze zmęczenia mylę mapy w przewodniku i myślę, że po drodze będzie potok.
W końcu widzę schronisko, dobry kawał do niego drogi. Upał 35′ C i ciągnąc nogę za nogą idę.
Wydaję mi się, że słyszę szum wody w potoku. Przyśpieszam Pić Pić ! , a potoku nie ma 😦
Już niedaleko, schodzę niżej, na mapie jest zaznaczona rzeczka. Nie ma jej wyschła. Żuję trawę … choć
kropelkę wody … proszę.
Piekielnie zmęczony dochodzę do schroniska. Jest woda …
Wypijam ile się da i relaks piwo zimne z kasztanów Pietra za 5 euro … 🙂
Rozkładam namiot, pichcę zupkę w kuchni na świeżym powietrzu przeznaczoną dla biwakujących przed schroniskiem i padam zawinięty w śpiwór na matę w namiocie i zasypiam kamiennym snem.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie osioł łażący pomiędzy namiotami. Po 2-ej dobiera się do mego namiotu.
Święcę mu czołówka w jego ośli łeb i po polsku wypierdalaj . Niestety zwierzęta będący własnością obsługi schroniska nie są zamykane na noc i robią zamieszanie na polu biwakowym.
Tego dnia była przygoda z osłem, a będą jeszcze przygody z krowami i psami.

Jadę na Korsykę

Niedziela 15 sierpnia.
Rozpoczyna się długo oczekiwany urlop. W tym roku plan obejmuje szlak GR 20 na Korsyce. Szlak ten jest uważany za najtrudniejszy szlak trekingowy w Europie. Czy to prawda, przekonam się już niedługo osobiście 🙂
Po 20-ej wsiadam do samolotu lecącego do Mediolanu. Przed mną długa noc. Okazuje się, że w Mediolanie jest znacznie chłodniej aniżeli w Warszawie. Błąkam się z ciężkim 19 kilowym plecakiem po lotnisku Malpensa.
O 3-ej jadę za 7,5 euro autobusem Malpensa Express na dworzec kolejowy Milano Centrale. Dworzec jest świeżo wyremontowany i o poranku ciągle krążą po nim patrole policji, karabinierów i wojska. Centrale przez długie lata uważane było za najniebezpieczniejsze miejsce w Mediolanie, szczególnie w nocy. Teraz jak widać zmienia się na lepsze.
Zabijając czas w oczekiwaniu na pociąg do Livorno, bawię się automatami do sprzedaży biletów. W ubiegłym roku jadać na Mata wydałem 184 CHF za bilet z Genewy do Zermatt. Z Mediolanu do Brig bilet na pociąg CIS Alpino kosztuje 30 euro w jedną stronę. Tak więc trzeba kupić w Mediolanie również bilet powrotny z Brig i podróż do Zermatt wychodzi taniej o połowę. Podróże kształcą jak widać 🙂
O 6.05 ruszam pociągiem do Livorno. Niewyspanie o poranku daje znać, śpię jak zabity. Budzą mnie dopiero podróżni wsiadający do przedziału w Genova Brignole. Przed 11-ą jestem w Livorno. Maszeruję z ciężkim plecakiem przez miasto w stronę portu. W porcie z wydrukowanym e-biletem na prom do Bastii należy zgłosić się do biura operatora promu w celu odprawy i odbioru właściwego biletu.

Prom wypływa z godzinnym opóźnieniem. Jestem w Bastii po 19-ej. Wstępuję do leżącego obok portu biura informacji turystycznej z zapytaniem o kemping w mieście. Dostaję informację gdzie jest, skąd i jak dojechać autobusem komunikacji miejskiej. Na kempingu nie ma miejsc na rozbicie namiotu ! Gospodarz grzecznie mówi abym wypierdalał. W podobnej sytuacji co moja jest też dwójka Francuzów. Razem wracamy autobusem do centrum Bastii i łazimy od hotelu do hotelu pytając o wolne pokoje. Albo brak wolnych pokoi albo najtańszy kosztuje 130 euro za noc sic ! Spanie na dworcu kolejowym odpada, bo jest zamykany na noc. W porcie mówią, że mogą być problemy z policją.
Udaje się nam znaleźć pokój trzyosobowy za 85 euro w hotelu Imperial. Wchodzimy do pokoju SYF. W toalecie zamiast drzwi zasłonka z tkaniny … o kurwa ! Francuzka ze śmiechem mówi mi : Witaj we Francji 🙂. Wychodzimy jeszcze na jedzenie na Place St. Nicolas ( jeszcze później wracając zostałem utwierdzony w przekonaniu, że jest tam drogo i niesmaczne jedzenie, ale o tym później ) i zasłużone spanie w prawie wygodnym łóżku.

Nazajutrz wędruję na dworzec i jadę pociągiem bez klimatyzacji podziwiając po drodze widoki do Calvi. Miasteczko jest pięknie położone nad zatoką. Pełno sklepów z różnościami, ale w żadnym z nich nie znajduję katuszy do palnika Camping Gaz. Niedaleko dworca kolejowego jest biuro Les Beaux Voyages, skąd busem można dojechać do Calenzany, gdzie rozpoczyna się GR 20.
Busem docieram do centrum wsi, kościół i kilka knajpek oraz supermarket, gdzie kupuję pieczywo na następne dwa dni. Poniżej wsi jest schronisko Gite d’ Etape. W cieniu drzew rozbijam namiot. Nie ma katuszy, to zmniejszam ciężar plecaka i wyrzucam palnik w śmieci. Na całym GR 20 w schroniskach są palniki z gazem, więc taszczenie palnika z butlą jest zbędne.
Na kempingu kuchenka z naczyniami do gotowania i duża łazienka z prysznicami z ciepłą wodą. Wypas w porównaniu z tym co mnie czeka w kolejnych dniach.

Zapada noc, dopijam piwo Pietra warzone z kasztanów, kupione w markecie za rozsądne 1,8 euro i nastawiam budzik w komórce na 5.30. Czeka mnie jutro długi i męczący dzień.